sobota, 19 stycznia 2013

„Bo kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może zacząć patrzeć w ciebie”




Percepcja dziecka to ciekawa sprawa, którą rozważać można długo, a i tak nikt nie dojdzie do żadnego wniosku, bo wszyscy dorośli i zapomnieli, jak to jest – widzieć świat oczami małego człowieka. Nic dziwnego, że pewne jego elementy, dla nas całkiem zwyczajne, dla dzieci wydają się obce, straszne. Inna sprawa, jeśli świat, w którym się znajdują, naprawdę jest pełen mroku. Oto świat „Limbo”.


„Limbo” jest grą platformowo-logiczną niezależnego studia Playdead, która zdążyła się dorobić wielu nagród, samych pozytywnych opinii i przychylnych komentarzy. Jedno jest pewne już w momencie, gdy zaczyna się jej pierwsze pięć minut: nie jest to gra przecięta. Bezimienny chłopiec, główny bohater gry, poszukuje siostry, balansując na krawędzi piekła – czyli w otchłani. Świat, który przemierza, to monochromatyczny koszmar pełen pułapek oraz wrogich istot czyhających na jego życie.

Gra posiada unikatowy system fizyki sterujący zachowaniem postaci i całego środowiska – wszystko, co się dzieje, ma jakąś reakcję. Najważniejszy jednak bez wątpienia jest fakt, iż „Limbo” zaprojektowano tak, aby gracz nie mógł od razu wpaść na rozwiązanie licznych zagadek... najpierw chłopiec musi umrzeć, często w groteskowy sposób. Wiele takich pułapek odkrywa się dopiero po wejściu w nie i obejrzeniu animacji dekapitacji, porażenia prądem, utopienia i tak dalej. Najbardziej w pamięć zapadają błyszczące białe oczy bohatera, które nagle gasną, pozostawiając nas samych w ciemności. Dodatkowo gra sama w sobie nie jest najłatwiejsza, więc często oglądamy animacje raz po razie, próbując coś zdziałać. Pytamy się ciągle: ale czym ten biedny dzieciak sobie zasłużył?


„Limbo” to z pewnością gra, która jest jednocześnie dziełem sztuki na bardzo wysokim poziomie. Tak oryginalnej i przyciągającej wzrok oprawy graficznej na próżno szukać w innych nowoczesnych tytułach. Czarno-biały świat utrzymany w klimatach filmu noir, gra światłem i bardzo ograniczony zasób dźwięków stwarzają klaustrofobiczną atmosferę rodem z dobrego horroru. Wszystko jest dobrze wyważone: tła, interakcja bohatera z otoczeniem, przeszkody, wrogowie, pułapki. Mroczna tonacja doskonale nawiązuje do samego tytułu gry, wydając się wręcz mówić nam, że świat jest bezlitosny nawet dla takiego dziecka. Z drugiej strony wybór chłopca jest całkiem rozsądny, bo w ten sposób wizje śmierci wpływają na gracza jeszcze silniej...

Niewątpliwą zaletą tej wyjątkowej gry jest poziom trudności, który utrzymuje się w ciągu rozgrywki. Wszystko jest zbalansowane: czasem irytująco skomplikowane, innym razem wręcz banalnie oczywiste. Bardzo wpływa to na grywalność, sprawiając, że do „Limbo” zasiąść można praktycznie w każdej chwili, czy to na 5 minut, czy na godzinę. Wielu z nas doskonale zna uczucie frustracji, gdy jakiś element gry okazuje się zbyt trudny do pokonania w danym momencie, za to bez problemu udaje się go zwalczyć kilka godzin później – czasem czuje się, że „Limbo” preferuje taki rodzaj rozgrywki. Koniec końców ciężko się oderwać i nawet po wielu porażkach wraca się do mrocznego świata, aby pomóc bezimiennemu dziecku uciec od koszmarów.


Fabuła – a w zasadzie jej brak – wydaje się być jedynym prawdziwym problemem. Nic nie jest wytłumaczone ani na początku, ani w ciągu podróży. Chłopczyk idzie przed siebie, inni ludzie często próbują wyrządzić mu krzywdę, a tajemnicze pasożyty kontrolujące myśli doprowadzić do jego zguby. Jedynie tytuł sugeruje, że tak limbus wyobrażają sobie autorzy gry, a to z kolei prowadzi do założenia, że główny bohater nie trafił tam bez powodu. Ale tu powraca pytanie: cóż takiego zrobił chłopiec, żeby trafić do otchłani? Może jego jedynym przewinieniem była śmierć bez chrztu? Ten problem moralno-etyczny pozostawiono do strawienia odbiorcom – na całe (nie)szczęście.

Projekty pokroju „Limbo” nie zdarzają się codziennie. Grać z pewnością warto, choćby po to, aby zwyczajnie cieszyć się produkcją, podziwiać jej przepiękną oprawę, a potem wyjść z domu i docenić nasz świat, zdecydowanie bardziej kolorowy.

Komu odradzam: tym wrażliwszym i strachliwym, dzieciom

Komu polecam: całej reszcie 


*cytat w tytule: Fryderyk Nietzsche

niedziela, 13 stycznia 2013

No, a gdzie Kratos?



Bogowie Olimpu jednak nas nie opuścili! Już od 8 stycznia szczęśliwcy posiadający usługę PSN+ mogą cieszyć się przedsmakiem najnowszej części opowiadającej o zmaganiach Kratosa (i jak się okazało nie tylko jego, gdyż w wypuszczonej becie nawet nim nie zagramy).

Studio Santa Monica oferuje nam szansę na liźnięcie multiplayera – czegoś, co jeszcze do niedawna wydawało się niemożliwe ze względu na gatunek gry. A jednak! Demko pozwala nam na stworzenie własnego wojownika, który ma za zadanie walczyć na śmierć i życie w imię wybranego przez siebie boga. Każde z bóstw inaczej różnicuje umiejętności oraz ofiaruje inny żywioł, który pomaga nam w walce (do wyboru mamy Aresa, Zeusa, Posejdona i Hadesa, gdzie tylko dwaj pierwsi są dostępni w becie). Oprócz tego każdy czempion jest wyposażony w: broń (miecz bądź młot), zbroję, relikt, magię i przedmiot, które można odblokować, znajdując odpowiednie artefakty w czasie rozgrywki lub po prostu levelując postać.


Wypuszczone demo oferuje nam trzy tryby rozgrywki. Pierwszą z nich jest klasyczna rozgrywka typu deathmatch (na dobrze znanej mapce – miejscu pojedynku Kratosa z Herkulesem z trzeciej części serii). Cel jest prosty. Zabicie jak największej ilości przeciwników z najmniejszym licznikiem swoich zgonów. Za każde zabójstwo dostajemy punkty, których liczbę można powiększyć, zadając specjalne obrażenia, wykonując finishe bądź otwierając skrzynki. Dodatkowo na mapie co jakiś czas pojawia się unikalna broń oraz fontanny odradzające nam życie i manę. Drugi, jak i trzeci tryb są rozgrywkami drużynowymi, które odbywają się na dwupoziomowej pustynnej mapie. W pierwszym z nich naszym celem, razem z czwórką innych graczy, jest zdobycie jak największe ilości punktów poprzez przejmowanie baz, zaś w drugim przejęcie flagi wroga i przeniesienie jej do własnej bazy.



Ciekawym rozwiązaniem jest fakt, iż mapa ta maja również aspekt fabularny. Poza walczącymi graczami, musimy zmagać się również z ogromnym cyklopem Polifemem, który co jakiś czas atakuje arenę. Pokonanie go pozwala na przechylenie szali zwycięstwa na swoją stronę (gdyż dodaje znaczną ilość punktów), lecz jest możliwe tylko przy sprawnym działaniu całej twojej drużyny.

Jednym słowem, nic tylko grać! Mimo rozgrywki multiplayer, gra nie straciła na dynamice, a zjawiskowe ataki i wachlarz ruchów są tylko początkiem wprowadzonych w tej części serii innowacji.