czwartek, 29 sierpnia 2013

2DS... właściwie dlaczego?

Dzisiaj dla odmiany trochę o konsolach.

Wczoraj Nintendo zapowiedziało nową konsolę, a dzisiaj Internet huczy i wariuje. 2DS? Co to w ogóle jest? Ja sama jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się: skoro nazwa 3Dsa pochodzi od trójwymiaru, to właściwie dlaczego nie można nazywać NDSa po prostu 2DS, bo niewiele różni te dwa systemy*? Odpowiedź zaserwowało mi samo Nintendo – otóż do sklepów, wraz z nowymi Pokemonami, wejdzie rewolucyjny 2DS, który jest dokładnie tym samym co 3DS. No, prawie tym samym. 2DS nie ma opcji 3D i nie da się go złożyć.


Czyż nie jest wyjątkowy?

Nowa stara konsolka wygląda przede wszystkim na nieporęczną. Rozmiary obu ekranów mają być identyczne z tymi w regularnej konsoli, co znaczy, że właściwie możemy wziąć do ręki swojego 3DSa, całkiem go otworzyć, a następnie spróbować wepchnąć do kieszeni. I coś czuję, że dobrze się to nie skończy. Żeby poniekąd wynagrodzić niewygodę, 2DS dostał suwak, który pozwala go uśpić bez koniecznego naciskania przycisku włączenia (och, te biedne palce!), co jest niezbędne w celu liczenia pokonanych kroków i działania StreetPassa. Tylko czy manualne ustawianie sleep mode’a było aż tak męczące?

Od początku pod adresem Nintendo pada wiele oskarżeń o wywoływanie problemów migrenowych i wzrokowych u dzieci grających w pełnym 3D, co skończyło się, w dużym skrócie, zapewnieniem firmy, że odbiorcom poniżej lat 7 rodzice powinni trójwymiar zablokować. Teraz więc mamy całkowity, innowacyjny brak 3D. Nie, żeby 3D można było wyłączyć suwakiem w dowolnym momencie... czy nawet zmniejszyć jego natężenie. Po co komu trójwymiarowe gry, skoro może grać w to samo, ale po prostu w 2D. Niektórzy odbierają to jako sygnał, że coś się w Nintendo nie udało, że ich wspaniałe dziecko nie sprzedało się tak dobrze, jak klasyczny już NDS. Może 3DS był zwyczajnie... za drogi?


Dochodzimy tym samym do kwestii pieniężnej. Wraz z zapowiedzią nadejścia 2Dsa podano informację, że będzie on kosztował około 129$, czyli jakieś 40-70 dolarów mniej od swojego starszego brata. Jest to jakiś sposób na zarobienie, jasne, ale również okazja dla tych, którzy marzą o 3DSie, a ich na niego nie stać. To na pewno fajne, że wraz z premierą „Pokemonów X & Y” fani będą mogli sprawić sobie tańszą wersję konsoli i również cieszyć się grą. Chociaż tutaj nasuwa się kolejne pytanie: skoro dawniej można było kupić GBC/GBA/NDSa, aby grać w kontynuacje znanych serii pokroju Zeldy, Mario czy właśnie Pokemonów, to czy aby na pewno wszyscy zainteresowani nie zdążyli już sobie sprawić 3DSów?

Obawiam się, że to kolejna sporna kwestia, która pozostanie powodem internetowych kłótni jeszcze przez długi czas. Jak odwieczna wojna pecetowców z konsolowcami, teraz na powrót rozpoczęła się wojna 3DS kontra PS Vita, a już wkrótce posiadacze 2DSów będą się sprzeczać z 3DSowcami. No więc: jak żyć? Jak tu grać?

Trzymać się ulubionej konsoli.




*Skibiusz ostatnio mi przypomniał, że dawniej PSOne nazywało się PSX

wtorek, 27 sierpnia 2013

Gościnnie: Deadpool! Bang! Babes! Mayhem!



[Z małym poślizgiem wakacyjnym zamieszczam minirecenzję autorstwa Arszenikk, której bardzo ze Skibiuszem dziękujemy za udział!]

Jest wiele gier w które gra się dla fabuły, są jednak takie, które mają fabułę, ale ich głównym celem jest zrobienie rozróby. „Deadpool” jest tego świetnym przykładem. Marvelowska postać wyjęta ze wszystkich marginesów, niereformowalny, ale jakże zacny osobnik, którego pseudonim jest taki sam jak tytuł wyżej wspomnianej gry.

Akcja zaczyna się w mieszkaniu bohatera, które notabene zakrawa o najbardziej obskurne miejsce, jakie możecie sobie wyobrazić. Można wejść w interakcję z wieloma rzeczami począwszy od zrobienia góry naleśników, a skończywszy na małym posiedzeniu na kiblu, gdzie już mamy styczność z nadmiernym narcyzmem postaci.

Głównym celem gry jest pokonanie Sinistera, który gra nam na nerwach, a podczas całej wędrówki do niego mamy do czynienia z X-menami, złymi gośćmi, samą śmiercią, z którą przeżywamy parę… romantycznych chwil i znów ze złymi gośćmi. Podczas grania zastanawiałam się, co brali twórcy w procesie tworzenia, gdyż niekiedy ukazywała mi się totalna psychodela.


 Zaletami gry są naprawdę zabawne wstawki i możliwość interakcji z niektórymi postaciami, przytoczę Wolverine'a, któremu można trzasnąć bitch slapa, kiedy jest nieprzytomny. W grze podoba mi się bardzo, że dosłownie jesteśmy, jako gracz, częścią całej rozgrywki, często Deadpool rzuca nam jakieś uwagi i docinki.


Wadą jest końcowy etap, gdzie po prostu trzeba spuścić porządny i długi łomot, co dla mnie osobiście było w pewnym momencie niezmiernie męczące i przesadzone, gdyż na samej nawalance spędziłam z dwadzieścia minut. Przez ten jeden mankament gra traci u mnie parę punktów.

Jeśli ktoś chce się pośmiać i ma chwilę wolnego to polecam tę grę, w ocenie ogólnej mogę jej śmiało dać 7/10.

A więc ku chwale i sławie!