[Z małym poślizgiem wakacyjnym zamieszczam minirecenzję autorstwa Arszenikk, której bardzo ze Skibiuszem dziękujemy za udział!]
Jest wiele gier w które gra się dla fabuły, są jednak takie,
które mają fabułę, ale ich głównym celem jest zrobienie rozróby. „Deadpool” jest tego świetnym przykładem. Marvelowska postać wyjęta ze wszystkich
marginesów, niereformowalny, ale jakże zacny osobnik, którego pseudonim jest
taki sam jak tytuł wyżej wspomnianej gry.
Akcja zaczyna się w mieszkaniu bohatera, które notabene
zakrawa o najbardziej obskurne miejsce, jakie możecie sobie wyobrazić. Można
wejść w interakcję z wieloma rzeczami począwszy od zrobienia góry naleśników, a
skończywszy na małym posiedzeniu na kiblu, gdzie już mamy styczność z
nadmiernym narcyzmem postaci.
Głównym celem gry jest pokonanie Sinistera, który gra nam na
nerwach, a podczas całej wędrówki do niego mamy do czynienia z X-menami, złymi
gośćmi, samą śmiercią, z którą przeżywamy parę… romantycznych chwil i znów ze
złymi gośćmi. Podczas grania zastanawiałam się, co brali twórcy w procesie
tworzenia, gdyż niekiedy ukazywała mi się totalna psychodela.
Wadą jest końcowy etap, gdzie po prostu trzeba spuścić
porządny i długi łomot, co dla mnie osobiście było w pewnym momencie niezmiernie
męczące i przesadzone, gdyż na samej nawalance spędziłam z dwadzieścia minut.
Przez ten jeden mankament gra traci u mnie parę punktów.
Jeśli ktoś chce się pośmiać i ma chwilę wolnego to polecam
tę grę, w ocenie ogólnej mogę jej śmiało dać 7/10.
A więc ku chwale i sławie!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz