Dzisiaj
dla odmiany Rajstopa i Skibiusz komentują razem, ponieważ każde z nas ma coś do
powiedzenia na temat „Catherine”. Na warsztat bierzemy tę wyjątkową grę od
studia Atlus (znanego przede wszystkim z Persony) – grę, która do
najłatwiejszych nie należy. Cały wysiłek, który w nią włożyliśmy, wynagrodziła nam jednak nieprzeciętnymi bohaterami, świetną oprawą audiowizualną i przede
wszystkim ciekawą fabułą.
Rajstopa:
Rozpoczynamy Golden Playhouse. Nie wiedząc całkiem, czego możemy się
spodziewać, w przeciągu zaledwie kilku minut już wciągamy się w grę, która na
samym początku stawia pytania bez odpowiedzi. Naszym zadaniem jest odszukać te
odpowiedzi – jeśli podołamy, zostaniemy wynagrodzeni. A w zasadzie
protagonista, Vincent Brooks, zostanie, bo to jest jego historia – jego i dwóch
dość specyficznych kobiet.
Skibiusz:
Wgłębiając się jednak w szczegóły. Nasz bohater osaczony przez dwie dość specjalne
kobiety musi zmierzyć się z przypadkową zdradą i zdecydować, co jest dla
niego naprawdę ważne. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, rozgrywka nie zostaje
przeprowadzona prostoliniowo, lecz większość sytuacji i wyborów dzieje się w
głowie Vincenta, a konkretniej w jego snach.
Rajstopa: I tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa, a do tego
schody. Dosłownie! Biedny bohater co noc musi wspinać się po konstrukcjach z
klocków, które co rusz płatają mu jakieś figle: a to się przesuwają, a to
pękają albo okazują się pułapkami czekającymi na jeden nieostrożny ruch. Brzmi
dość dziwacznie, prawda? Bardzo szybko załapujemy działanie puzzli, które jak
na złość robią się trudniejsze z poziomu na poziom…
Skibiusz:
Co więcej w naszej wędrówce przez kolejne (mroczno brzmiące) poziomy, będą nam
towarzyszyć inni nieszczęśnicy. Vincent widzi innych jako zbłąkane owce, gdzie
każda ważniejsza z nich posiada swój własny odróżniający ja od innych atrybut.
Poziom rozgrywki rośnie z kondygnacji na kondygnację, lecz nie chodzi tu
jedynie o poziom trudności pułapek, ale również o coraz to bardziej
skomplikowane układanki. Czas nie jest też naszym sprzymierzeńcem, gdyż z
minuty na minutę klocki przepadają w nicość, przybliżając naszą zgubę.
Wydawałoby się, że już gorzej być nie może, lecz tak samo jak w innych grach
nie mogło zabraknąć dodatkowych wyzwań, bossów - koszmarów Vincenta, przerysowanych
postaci i lęków, z którymi bohater boryka się w prawdziwym życiu.
Rajstopa:
Właśnie, poziom trudności gry to bardzo ciężka sprawa. Niektórych z pewnością zniechęci
do „Catherine” na długo, ponieważ pewne etapy zajmują nam godziny, a
powtarzanie ich staje się niemiłosiernie uciążliwe… Nawet tryb łatwy wcale do
najłatwiejszych nie należy, nie wspominając już o trudnym, gdzie nie możemy
cofać naszych ruchów. Katorga! Ale czy warto się tak męczyć? Warto.
Skibiusz:
Powód jest prosty. Zaraz obok fabuły i unikatowości tego tytułu stoi jeden z
jeden jego największych atutów, czyli oprawa. Klimatyczna muzyka i naprawdę
oryginalna komiksowa kreska dają dużą przyjemność z gry. Ciekawym rozwiazanie
jest choćby użycie remixu utworu Chopina w jednym etapie czy przeplatanie wątku
fabularnego wstawkami rodem z anime.
Rajstopa:
Grafika gry jest wyjątkowa i trzeba przyznać, że czasem ciężko oderwać wzrok.
Ale zapomnieliśmy o jeszcze jednym ważnym elemencie rozgrywki! Gra nie toczy
się wyłącznie w snach Vincenta – towarzyszymy mu jeszcze w codziennym życiu,
kiedy każdy wieczór marnuje w ulubionym barze razem z paczką kumpli. Te momenty
okazują się równie ciekawe, kiedy po kolei odkrywamy, jak wiele tajemnic mają
inni stali bywalce knajpy. Nie wspominając już, jak wiele symboli ze snów
Vincenta możemy się u nich doszukać…
Skibiusz:
Na zakończenie warto dodać, że gra, jak łatwo można było się domyślić, nie ma
jednego zakończenia. Jest ono uwarunkowane wskaźnikiem karmy, która to
zmienia swoje zabarwienie w zależności od naszych decyzji. Rozmowy z
bohaterami, odpowiedzi na zadawane w konfesjonałach pytania, a nawet wysyłane
smsy mają na nią wpływ. W grze nie ma jednego dobrego bądź złego zakończenia.
Od nas zależy z kim Vincent ułoży sobie życie lub w jaki sposób je skończy…
Rajstopa:
Ale więcej już nie zdradzimy. Niestety, pomimo posiadania tylu plusów
„Catherine” nie można polecić każdemu. Przede wszystkim należy pamiętać, że to
gra japońskiej produkcji, przez to jej oryginalna oprawa i humor niekoniecznie
przypadną do gustu wszystkim odbiorcom – zamerykanizowanie jej łagodzi nieco
pierwszy szok, chociaż przez pierwszą godzinę rozgrywki zastanawiamy się, o co chodzi i dlaczego.
Do tego powraca problem poziomu trudności, który w japońskich grach ma
tendencję do doprowadzania graczy do skrajnej rozpaczy. Wielu zniechęconych
przełączy się w tym momencie na łatwy, a nie zmieni to faktu, że gra wciąż
będzie wyzwaniem. Potrzebujemy więc sporo cierpliwości. Przyda się ona nawet
tym wytrwalszym, choć jeśli zainteresuje was historia Vincenta Brooksa, to z
pewnością przejdziecie ten test.
Krótko
i treściwie wypowiadamy się oboje: WARTO!