[Uprzedzam, że niniejsza recenzja
skupia się na moich prywatnych uczuciach, a nie uważam Mass Effecta
za grę bogów. W tekście mogą pojawić się spoilery, będę się
także odnosić do moich wyborów podjętych w grze i wracać do nich
w dalszych komentarzach.]
Długo się trzymałam. Kiedy wszyscy
zachwycali się dwójką, z zapartym tchem czekając na trójkę, ja
upierałam się przy swoim: nie, dziękuję. Kilka lat temu, kiedy
tylko zaczął się boom na „Mass Effecta”, nie zachwyciłam się.
Niedawno postanowiłam dać mu drugą szansę. W ferie po zimowej
sesji egzaminacyjnej (gdy wszyscy mieli już dawno zamówione
preordery ME3 ze wszystkimi bajerami) włożyłam do napędu płytę
z pierwszą częścią, przeczekałam instalację, zaparzyłam
herbatę. A potem wpadłam.
Co mnie w tej grze urzekło? Świat.
Jeśli chcesz wciągąć do zabawy dziecko wychowane na filmach
George'a Lucasa, to
bez wątpienia robisz to dobrze.
Świat „Mass Effecta” jest ogromny, rozbudowany, dobrze
udokumentowany. Rozmawiając z wszechobecnymi NPC dowiesz się
wszystkiego i jeszcze trochę, a gdyby przypadkiem coś ci umknęło,
zawsze możesz uzupełnić wiedzę, zaglądając do leksykonu. Nie
zamierzam zagłębiać się w szczegóły, ale przyznaję, ujęły
mnie detale: pomysły takie jak Wojna Pierwszego Kontaktu, sama
Cytadela czy choćby kreacje postaci, naprawdę zapadają w pamięć.
Podoba mi się również jego realizm. Nie jest możliwe, by cała
galaktyka żyła w pokoju, i wszyscy zdają sobie z tego sprawę.
Asari chcą pokoju, ludzie na każdym kroku spotykają się z
przejawami nietolerancji kosmicznej, a kroganie najchętniej
roznieśliby wszystkich w pył. To do mnie przemawia: każda
rasa jest inna, każda wojna rozpoczyna się z jakiegoś powodu. Nasz
świat taki jest – wcale nie tak różny od tego przedstawionego w
grze.
Tylko po co te wątki romantyczne, ja
się pytam? Żeby gra była jeszcze bardziej realistyczna?
Politycznie poprawna? Możesz grać dobrym Komandorem
Shepardem, gotowym szerzyć w galaktyce sprawiedliwość i tęczę.
Nawet rozumiem to, że Kaidan domyślnie leci na kobiecą postać
gracza, a także to, że Ashley z początku nie jest skłonna bawić
się w takie rzeczy. Ale co z Komandorem-renegatem? Co z Liarą? Czy
dziewczyna tak naiwna i ślepo wierząca w swoje ideały naprawdę
zakochałaby się od pierwszego wejrzenia w człowieku złym lub po
prostu złośliwym? Czy
pracownikom Bioware'u po prostu tak bardzo zależy na sprzedaży?
Potraktujmy te wątki jako dodatek do głównej historii, bo w
kolejnych częściach trylogii w tej sferze będzie już tylko
gorzej. Taki mały spoiler.
Zirytowałam się
trochę, to teraz czas jeszcze pochwalić „Mass Effecta”. Gra
wygląda przyjemnie i działa płynnie, mechanika walki i eksploracji
świata jest logiczna, przystępna. Można przyczepić się,
niestety, do SI drużyny Komandora: pozostawieni sami sobie
towarzysze zachowują się jak kołki, czekając ambitnie na
odstrzał. Problematyczne, nie powiem, jeśli na dodatek gra
regularnie zmienia ich ekwipunek na taki, w używaniu którego nie są
wyszkoleni (średnio co kilka misji – przynajmniej w moim
przypadku).
Ale skoro już
mowa o drużynie – cóż mogę rzec? Naprawdę ich lubię. Przez te
kilkadziesiąt godzin spędzonych z grą zdążyłam się zżyć z
ekipą mojej Komandor i ciężko było mi ruszyć do ostatniej misji.
Uwielbiam Wreksa (niestety brak pierwszej części ME na PS3 sprawił,
że przez następne dwie gry użerałam się z jego bratem); Garrus
to uroczy, trochę niezdarny młody buntownik; Tali po prostu nie da
się nie lubić. Liara, jakkolwiek naiwna by nie była, to przydatny
członek załogi, a Kaidan i Ashley solidnie trzymają poziom przy
barwnej obsadzie złożonej z obcych. Chociaż Ashley ze swoim
rasistowskim i krytycznym podejściem nie podbiła mojego serca, i
tak ciężko było mi ją zostawić na Virmirze. Później na
Normandii wyraźnie kogoś brakowało.
A po
drugiej stronie barykady mamy Sarena, mamy Matkę Benezję i gety.
Saren to jest właśnie ten typ antagonisty, który wyzwala we mnie
najsilniejsze uczucia: jest zły, owszem, ale ma swoje powody. Jest
niezrozumiany. Cierpi.
W porównaniu z nim, Benezja wypada zaskakująco blado, a gety
właściwie nie dostają większej roli przynajmniej do wejścia
Legiona w dwójce. A, jest jeszcze Suweren!
Tutaj się jednak
wstrzymam, bo zakończenie jest wspaniałe i nie chciałabym nikomu
zespuć zabawy. Mogłabym tak jeszcze dalej zachwalać pracę
scenarzystów, bo zarówno fabuła, jak i osobowości bohaterów
stoją na bardzo wysokim poziomie, ale najlepiej przekonać się o
tym samemu. Tego wymagam od moich RPGów – i „Mass Effect” daje
radę.
Komu polecam: fanom
„Gwiezdnych Wojen”, fanom „Star Treka”, RPGgraczom,
spragnionym dobrej rozrywki i solidnej fabuły na dużo ponad sto
godzin (wszystkie trzy części to duuuużo czasu spędzonego na
graniu)
Komu odradzam:
właściwie nikomu, chyba że cierpi na chorobliwą nienawiść do
wątków romantycznych rodem z oper mydlanych

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz