czwartek, 7 czerwca 2012

Zły, wściekły, wkurwiony?


 



Każdy kto miał styczność z tym tytułem choć przez chwilę, widział jakiś trailer, demo bądź screena, zastanawiał się pewnie, o czym właściwie jest ta gra i na czym ona polega. Science fiction i azjatycka mitologia, budda z bazooką oraz półludzie-półroboty?! Szczerze mówiąc, sam podszedłem do „Asura's Wrath” właśnie w ten sposób. Zaciekawiony, ale również zdziwiony oryginalnością tego tytułu, postanowiłem przyjrzeć się mu bliżej, a teraz postaram się przedstawić go wam w bardziej zrozumiały sposób.

Zacznijmy od fabuły, gdyż uważam, że razem z oprawą audio-wizualną zajmuje ona  ex aequo pierwsze miejsce wśród naprawdę wielu atutów tej gry. Tak więc pomyśl, że zabili ci żonę, porwali córkę i zdradzili w imię przejęcia władzy nad światem pod wdzięcznym hasłem ratowania ludzkości. Asura, wydawałoby się typowy protagonista, podąża za zemstą za wyrządzone mu czyny. Tu nasuwa się jednak pytanie: jak ma to zrobić skoro jego wrogowie zdążyli go już zabić? Bohater prowadzony swoją wściekłością, która obdarza go nadludzką mocą, wraca do swojego świata po dwunastu tysiącach lat. Ku jego zdziwieniu, jego przeciwnikami nie będą już jednak jego znajomi generałowie, dbający o porządek w galaktyce, lecz bogowie nowego świata.

Asura, jako postać, jest typem wojownika, któremu zależy tylko na walce i ochronie swojej rodziny. Jego wylewne wypowiedzi rodem z „Duke Nukem” oraz ciągła wściekłość na cały świat na początku wydają się groteskowe i przerysowane, ale później zaczynają nabierać sensu.  Druga grywalną postacią serii jest Yasha: zachowujący stoicki spokój bohater, który wraz z postępem gry odnajduje prawdziwy sens swojego życia. Obiema postaciami, moim zdaniem, gra się przyjemnie, gdyż prezentują sobą kompletnie inny system walki i sposób patrzenia na świat.



Poświęćmy teraz chwilę muzyce i grafice gry. Przyznam, że nie spotkałem się jeszcze z taką oprawą gry. Nie jest ona może realistyczna czy poważna jak na przykład w „Heavy Rain”, ale użyte w niej plastyczne barwy, szczegółowość bohaterów oraz płynność ruchów sprawiają, że granie jest czystą przyjemnością. Sam wiele razy przechodziłem niektóre fragmenty tylko dlatego, że zawarte w nich pojedynki powalały mnie dynamiką i łatwością ruchów. Muzyka w „Asurze” to głównie wzywające do walki tematy bohaterów, które świetnie oddają ich charakter, oraz smutne, melancholijne, wschodnie utwory przenoszące grę w odpowiedni klimat rozpaczy i desperackiej walki Asury.

Co można powiedzieć o gameplayu: gra podzielona jest na 18 epizodów plus dodatkowe prawdziwe zakończenie historii (dostępne po spełnieniu odpowiednich warunków). W „Asurze” nie ma miejsca na zbieranie itemków i boostownie postaci. Dynamika fabuły ciągle kieruje nas w stronę walki z kolejnymi wrogami, powiększając tym licznik złości postaci. Gameplay składa się z trzech części – lotu, biegu i walki. W pierwszej fazie, lecąc, niszczymy flotę nieprzyjaciół. W drugiej musimy dostać się do danego miejsca  w celu zneutralizowania kogoś lub czegoś, a w trzeciej naszym zadaniem jest pokonanie wrogów w znanym i lubianym stylu hack’n’slash. 

Wszystkie omówione wyżej części to jednak tylko namiastka struktury tej oryginalnej gry. Każda bowiem z nich jest wielokrotnie przerywana przez interaktywne filmiki, w których za pomocą systemu QTE (quick time event) decydujemy, w pewnym stopniu, o rozwoju fabuły. Można śmiało powiedzieć, że jest to główny rdzeń tego tytułu. Spontaniczne wymiany zdań oraz walki przerywane w połowie na odprężający filmik to chleb powszedni. Większość graczy może to odrzucić, gdyż uzna je za niepotrzebne wtrącenia i psucie naprawdę dobrej gry, ale moim zdaniem są one dość zabawne, gdyż abstrakcja tego tytułu idealnie jest w nich pokazana.  



„Asura's Wrath” polecam smakoszom oryginalnych gier, ludziom, którzy nie trzymają się ścisłych kanonów oraz nie odrzucają gier ze względu na to, że na przykład protagonistką nie jest cycasta laska lub nie ma w niej zombie.
Komu odradzić? Ludziom, którzy wiedzą w co chcą grać i nie interesują ich nowe, ciekawe tytuły. Jest to gra specyficzna, dająca się lubić, ale nie wszystkim może przypaść do gustu.

- Shepard. - Wrex.




[Uprzedzam, że niniejsza recenzja skupia się na moich prywatnych uczuciach, a nie uważam Mass Effecta za grę bogów. W tekście mogą pojawić się spoilery, będę się także odnosić do moich wyborów podjętych w grze i wracać do nich w dalszych komentarzach.]

Długo się trzymałam. Kiedy wszyscy zachwycali się dwójką, z zapartym tchem czekając na trójkę, ja upierałam się przy swoim: nie, dziękuję. Kilka lat temu, kiedy tylko zaczął się boom na „Mass Effecta”, nie zachwyciłam się. Niedawno postanowiłam dać mu drugą szansę. W ferie po zimowej sesji egzaminacyjnej (gdy wszyscy mieli już dawno zamówione preordery ME3 ze wszystkimi bajerami) włożyłam do napędu płytę z pierwszą częścią, przeczekałam instalację, zaparzyłam herbatę. A potem wpadłam.

Co mnie w tej grze urzekło? Świat. Jeśli chcesz wciągąć do zabawy dziecko wychowane na filmach George'a Lucasa, to bez wątpienia robisz to dobrze. Świat „Mass Effecta” jest ogromny, rozbudowany, dobrze udokumentowany. Rozmawiając z wszechobecnymi NPC dowiesz się wszystkiego i jeszcze trochę, a gdyby przypadkiem coś ci umknęło, zawsze możesz uzupełnić wiedzę, zaglądając do leksykonu. Nie zamierzam zagłębiać się w szczegóły, ale przyznaję, ujęły mnie detale: pomysły takie jak Wojna Pierwszego Kontaktu, sama Cytadela czy choćby kreacje postaci, naprawdę zapadają w pamięć. Podoba mi się również jego realizm. Nie jest możliwe, by cała galaktyka żyła w pokoju, i wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Asari chcą pokoju, ludzie na każdym kroku spotykają się z przejawami nietolerancji kosmicznej, a kroganie najchętniej roznieśliby wszystkich w pył. To do mnie przemawia: każda rasa jest inna, każda wojna rozpoczyna się z jakiegoś powodu. Nasz świat taki jest – wcale nie tak różny od tego przedstawionego w grze.

Tylko po co te wątki romantyczne, ja się pytam? Żeby gra była jeszcze bardziej realistyczna? Politycznie poprawna? Możesz grać dobrym Komandorem Shepardem, gotowym szerzyć w galaktyce sprawiedliwość i tęczę. Nawet rozumiem to, że Kaidan domyślnie leci na kobiecą postać gracza, a także to, że Ashley z początku nie jest skłonna bawić się w takie rzeczy. Ale co z Komandorem-renegatem? Co z Liarą? Czy dziewczyna tak naiwna i ślepo wierząca w swoje ideały naprawdę zakochałaby się od pierwszego wejrzenia w człowieku złym lub po prostu złośliwym? Czy pracownikom Bioware'u po prostu tak bardzo zależy na sprzedaży? Potraktujmy te wątki jako dodatek do głównej historii, bo w kolejnych częściach trylogii w tej sferze będzie już tylko gorzej. Taki mały spoiler.

Zirytowałam się trochę, to teraz czas jeszcze pochwalić „Mass Effecta”. Gra wygląda przyjemnie i działa płynnie, mechanika walki i eksploracji świata jest logiczna, przystępna. Można przyczepić się, niestety, do SI drużyny Komandora: pozostawieni sami sobie towarzysze zachowują się jak kołki, czekając ambitnie na odstrzał. Problematyczne, nie powiem, jeśli na dodatek gra regularnie zmienia ich ekwipunek na taki, w używaniu którego nie są wyszkoleni (średnio co kilka misji – przynajmniej w moim przypadku).

Ale skoro już mowa o drużynie – cóż mogę rzec? Naprawdę ich lubię. Przez te kilkadziesiąt godzin spędzonych z grą zdążyłam się zżyć z ekipą mojej Komandor i ciężko było mi ruszyć do ostatniej misji. Uwielbiam Wreksa (niestety brak pierwszej części ME na PS3 sprawił, że przez następne dwie gry użerałam się z jego bratem); Garrus to uroczy, trochę niezdarny młody buntownik; Tali po prostu nie da się nie lubić. Liara, jakkolwiek naiwna by nie była, to przydatny członek załogi, a Kaidan i Ashley solidnie trzymają poziom przy barwnej obsadzie złożonej z obcych. Chociaż Ashley ze swoim rasistowskim i krytycznym podejściem nie podbiła mojego serca, i tak ciężko było mi ją zostawić na Virmirze. Później na Normandii wyraźnie kogoś brakowało.

A po drugiej stronie barykady mamy Sarena, mamy Matkę Benezję i gety. Saren to jest właśnie ten typ antagonisty, który wyzwala we mnie najsilniejsze uczucia: jest zły, owszem, ale ma swoje powody. Jest niezrozumiany. Cierpi. W porównaniu z nim, Benezja wypada zaskakująco blado, a gety właściwie nie dostają większej roli przynajmniej do wejścia Legiona w dwójce. A, jest jeszcze Suweren!

Tutaj się jednak wstrzymam, bo zakończenie jest wspaniałe i nie chciałabym nikomu zespuć zabawy. Mogłabym tak jeszcze dalej zachwalać pracę scenarzystów, bo zarówno fabuła, jak i osobowości bohaterów stoją na bardzo wysokim poziomie, ale najlepiej przekonać się o tym samemu. Tego wymagam od moich RPGów – i „Mass Effect” daje radę.

Komu polecam: fanom „Gwiezdnych Wojen”, fanom „Star Treka”, RPGgraczom, spragnionym dobrej rozrywki i solidnej fabuły na dużo ponad sto godzin (wszystkie trzy części to duuuużo czasu spędzonego na graniu)

Komu odradzam: właściwie nikomu, chyba że cierpi na chorobliwą nienawiść do wątków romantycznych rodem z oper mydlanych