Każdy kto miał styczność z tym tytułem choć przez chwilę,
widział jakiś trailer, demo bądź screena, zastanawiał się pewnie, o czym
właściwie jest ta gra i na czym ona polega. Science fiction i azjatycka
mitologia, budda z bazooką oraz półludzie-półroboty?! Szczerze mówiąc, sam
podszedłem do „Asura's Wrath” właśnie w ten sposób. Zaciekawiony, ale również
zdziwiony oryginalnością tego tytułu, postanowiłem przyjrzeć się mu
bliżej, a teraz postaram się przedstawić go wam w bardziej zrozumiały
sposób.
Zacznijmy od fabuły, gdyż
uważam, że razem z oprawą audio-wizualną zajmuje ona ex aequo pierwsze miejsce wśród naprawdę wielu atutów tej gry.
Tak więc pomyśl, że zabili ci żonę, porwali córkę i zdradzili w imię przejęcia
władzy nad światem pod wdzięcznym hasłem ratowania ludzkości. Asura,
wydawałoby się typowy protagonista, podąża za zemstą za wyrządzone mu czyny. Tu
nasuwa się jednak pytanie: jak ma to zrobić skoro jego wrogowie zdążyli go już
zabić? Bohater prowadzony swoją wściekłością, która obdarza go nadludzką mocą,
wraca do swojego świata po dwunastu tysiącach lat. Ku jego zdziwieniu,
jego przeciwnikami nie będą już jednak jego znajomi generałowie, dbający o
porządek w galaktyce, lecz bogowie nowego świata.
Asura, jako postać, jest typem wojownika, któremu zależy
tylko na walce i ochronie swojej rodziny. Jego wylewne wypowiedzi rodem z „Duke
Nukem” oraz ciągła wściekłość na cały świat na początku wydają się groteskowe i
przerysowane, ale później zaczynają nabierać sensu. Druga grywalną postacią serii jest Yasha: zachowujący stoicki
spokój bohater, który wraz z postępem gry odnajduje prawdziwy sens swojego
życia. Obiema postaciami, moim zdaniem, gra się przyjemnie, gdyż prezentują
sobą kompletnie inny system walki i sposób patrzenia na świat.
Poświęćmy teraz chwilę muzyce i grafice gry. Przyznam, że
nie spotkałem się jeszcze z taką oprawą gry. Nie jest ona może realistyczna czy
poważna jak na przykład w „Heavy Rain”, ale użyte w niej plastyczne barwy, szczegółowość
bohaterów oraz płynność ruchów sprawiają, że granie jest czystą
przyjemnością. Sam wiele razy przechodziłem niektóre fragmenty tylko dlatego,
że zawarte w nich pojedynki powalały mnie dynamiką i łatwością ruchów. Muzyka w
„Asurze” to głównie wzywające do walki tematy bohaterów, które świetnie oddają
ich charakter, oraz smutne, melancholijne, wschodnie utwory przenoszące grę w
odpowiedni klimat rozpaczy i desperackiej walki Asury.
Co można powiedzieć o gameplayu: gra podzielona
jest na 18 epizodów plus dodatkowe prawdziwe zakończenie historii (dostępne po
spełnieniu odpowiednich warunków). W „Asurze” nie ma miejsca na zbieranie
itemków i boostownie postaci. Dynamika fabuły ciągle kieruje nas w stronę walki
z kolejnymi wrogami, powiększając tym licznik złości postaci. Gameplay składa
się z trzech części – lotu, biegu i walki. W pierwszej fazie, lecąc, niszczymy
flotę nieprzyjaciół. W drugiej musimy dostać się do danego miejsca w celu zneutralizowania kogoś lub czegoś, a
w trzeciej naszym zadaniem jest pokonanie wrogów w znanym i lubianym stylu
hack’n’slash.
Wszystkie omówione wyżej części to jednak tylko
namiastka struktury tej oryginalnej gry. Każda bowiem z nich jest wielokrotnie
przerywana przez interaktywne filmiki, w których za pomocą systemu QTE (quick
time event) decydujemy, w pewnym stopniu, o rozwoju fabuły. Można śmiało
powiedzieć, że jest to główny rdzeń tego tytułu. Spontaniczne wymiany zdań oraz
walki przerywane w połowie na odprężający filmik to chleb powszedni.
Większość graczy może to odrzucić, gdyż uzna je za niepotrzebne wtrącenia i
psucie naprawdę dobrej gry, ale moim zdaniem są one dość zabawne, gdyż
abstrakcja tego tytułu idealnie jest w nich pokazana.
„Asura's Wrath” polecam smakoszom oryginalnych gier,
ludziom, którzy nie trzymają się ścisłych kanonów oraz nie odrzucają gier ze
względu na to, że na przykład protagonistką nie jest cycasta laska lub nie ma w
niej zombie.
Komu odradzić? Ludziom, którzy wiedzą w co chcą grać i nie interesują
ich nowe, ciekawe tytuły. Jest to gra specyficzna, dająca się lubić, ale nie
wszystkim może przypaść do gustu.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz