Atakujemy ponownie po małym falstarcie i na dobry wieczór Rajstopa serwuje recenzję niesławnego Mass Effecta 3.
Ach ten
„Mass Effect”. Te zarwane nocki, wyszarpane włosy z głowy, wylane łzy i wypite
kawy. Te emocje. Trylogia dobiega końca, a fani na całym świecie sprzeczają się
na temat zakończenia. Czy coś poszło nie tak? A może po prostu powinniśmy
uszanować wizję artystyczną państwa z Bioware i siedzieć cicho?
Na temat
ostatnich dziesięciu minut gry mogłabym napisać długi esej i w ogóle nie
wyczerpać tematu – postaram się jednak uogólnić sprawę trójki. W trzeciej części
„Mass Effecta” twórcy wyraźnie postawili na rozmach, co widać już kilka minut
po odpaleniu gry. Efektowny atak Żniwiarzy na Ziemię zapada w pamięć. Zresztą nie
tylko Ziemi się to tyczy – trójka może się pochwalić genialnym lokacjami, dla
których zaprojektowano wprost rewelacyjne tła. Biegamy po pierwszym planie,
tłukąc małych wrogów, podczas gdy za nami Żniwiarze niszczą całe floty, planety. Nic tylko dać się
pochłonąć… nie zapominając jednak o naszym głównym zadaniu.
Wszystkie
główne i poboczne questy sprowadzają się do jednego: zjednoczenia galaktyki w
celu zniszczenia Żniwiarzy. Tutaj trójka się nie popisała, bo tych interesujących
misji jest po prostu mało, a do tego mamy tylko 3 typy: quest z fabułą,
rozwalanka i zbieranie zasobów połączone z uciekaniem po mapie przed
Żniwiarzami. W porównaniu z eksploracją z jedynki i misjami lojalnościowymi z
dwójki, tutaj rola Komandor(a) sprowadza się do grzecznego – lub też mniej –
proszenia przedstawicieli różnych ras, aby łaskawie przestali się kłócić i pomogli
w zniszczeniu Żniwiarzy. Trwa to trochę i wymaga cierpliwości, no, bo czymże są
jacyś Żniwiarze przy, powiedzmy, krogańskiej żądzy niszczenia? Nie wspominając,
że quarianie wybierają tę wielką wojnę na najlepszy czas rozwiązania swojego
problemu z gethami.
W naszej
wielkiej misji wspomogą nas zarówno dawni towarzysze broni, jak i całkiem nowe
twarze. Do drużyny powrócą: Garrus (jeszcze ważniejszy i bardziej zajebisty niż
w dwójce), Tali (mamy nawet okazję zobaczyć jej twarz), Liara (bardziej poważna
i znacznie mniej dziecinna), a także Kaidan lub Ashley (tutaj się wstrzymam z
komentarzem). EDI, zyskawszy nowe ciało, także użyczy swoich bojowych
umiejętności i ostatecznie drużynę dopełnią dwie zupełnie nowe postaci w
osobach Jamesa Vegi i Javika. O ile James jest postacią, która PODOBNO pojawiła
się w uniwersum wcześniej (z naciskiem na podobno, bo kto czyta wszystkie te
książki?), to Javik stanowi naprawdę interesujący dodatek i wnosi świeżość,
której tej grze zdecydowanie brakowało. Jest tylko jeden mały problem – Javik
to materiał z dlc. Jeśli więc ktoś nie sypnął kasą na wydanie specjalne ani nie
zainteresował się dodatkiem „Z prochów”, minie go kawał solidnej i ważnej
historii świata gry. EA widocznie bardzo potrzebuje pieniędzy.
Interakcje
postaci w tej części są świetne. Uwielbiam wszystkich (z wyjątkiem Liary, co
już pewnie wiecie, i wyjątkowo trójkowego Kaidana, którego rola sprowadziła się
do marudzenia oraz słabej sceny łóżkowej). Nie rozumiem problemu z poniekąd wykluczonym z historii Shepard(a)
Jamesem: W tej części nie gramy ani z Wreksem, ani z Gruntem – automatycznie uszczupla
to drużynę o tanka, jednak mamy Jamesa. Nie dość, że zabawnego i dowcipnego, to
jeszcze obłędnie silnego. Biorąc do drużyny jego i Javika, jedynym, co może cię
pokonać, jest twoja własna nieuwaga. Pomijając już nawet kwestie bojowe,
postaci w trójce mają rewelacyjne dialogi, które prezentują humor na poziomie.
Joker przoduje.
Warto
jeszcze wspomnieć o ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez wspaniałego Clinta
Mansella. Jeśli nie wzruszył cię temat „Leaving Earth”, to jesteś nieczułym
draniem. Udam do tego, że nie widziałam okazjonalnych błędów w teksturach i
małych problemów z ładowaniem (gram na PS3, przypominam) i stwierdzę z czystym
sumieniem, że od strony audio-wizualnej gra jest świetna*. Gdyby tylko robili
motion capture, to byłoby idealnie. Ale nie można mieć wszystkiego.
Rozczarował
mnie fakt, że po około dwudziestu pięciu godzinach zostało mi tylko odpalenie
przedostatniej misji. Myślałam, że pogram sobie troszkę dłużej niż w dwójkę
(jakieś 45 godzin), a jednak zabawa skończyła się szybciej – w zasadzie
przechodziłam końcówkę już z bólem, bo dwie ostatnie misje jedna po drugiej
zajęły, bagatela, sześć godzin. Nadeszło niesławne zakończenie. Gdy na ekranie
pojawiły się napisy, już nawet nie płakałam, nie. Siedziałam z miną, która
wyrażała jednocześnie wszystko i nic, co myślę o tym zakończeniu. Bioware
zastrzega sobie wizję artystyczną. Nie czuję tego. Zniszczyli coś, co
mogło bez wątpienia być jedną z najlepszych gier roku 2012.
Ale to
innym razem. Setki graczy i krytyków wypowiedziały się już o zakończeniu, by pokazać,
że nie jest idealnie. Zakończenie „Mass Effecta” nie jest złe, ani smutne, ani
oryginalne. Jest po prostu nielogiczne. Dziwne. Negatywnie**.
Wrócę więc
do radosnej wizji, w której kroganie upiekli dla Komandor(a) ciasto, jak niżej:
Komu polecam: mniejszym i większym fanom trylogii
*update: gra czasem tnie się, gdy gram z polskimi napisami.
Dlaczego? Dlaczego w oryginale wszystko było dobrze?
**przyjdzie pora na recenzję dlc „Extended Cut”


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz