Dawno, dawno temu niejaki Lewis Carroll wydał na świat
„Alicję w Krainie Czarów”, a później także „Po Drugiej Stronie Lustra”. Nie tak
dawno temu niejaki American McGee postanowił materiał nieco odświeżyć. Tak
narodziła się ta dziwna gra (oraz jej poprzedniczka).
Od razu ostrzegam, że gra jest co najmniej groteskowa i
przerażająca, ale nie straszy jak „Amnezja” czy „Silent Hill”, tylko zapada w
pamięć z powodu swojej dziwności. Poruszającej w jakiś pokręcony sposób i jednocześnie odpychającej jak dzieła najbardziej ekstremalnych surrealistów. To
nawet gorsze.
Zacznijmy jednak od gameplayu, ponieważ jest to kluczowa
sprawa w „Alice: Madness Returns”. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, gra okazała
się platformówką z elementami akcji. Spodziewałam się ostrego hack’n’slasha, a
tutaj przeżyłam mały szok (nie miałam okazji zagrać w pierwszą część, która
ukazała się w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa spędzonego z „Baldur’s
Gate”). Jakikolwiek typ gry by to nie był, w pewnym momencie zaczyna po prostu
irytować. Elementy platformowe doprowadzają do stanu, w którym ma się ochotę
wyrzucić pada – albo i całą konsolę – przez okno. Otoczenie rozprasza. Piękne
tła nie pomagają się skupić. Gra ma też tendencję do niemiłego zacinania się akurat
w momentach, gdy jesteśmy pewni, że po 300 próbach wreszcie uda nam się w końcu
przeskoczyć na półkę przed nami. To wystarczająco trudne zadanie, gdy czujemy
na sobie spojrzenia porcelanowych lalek bez pewnych kończyn, za towarzyszy
niedoli mamy dziwne eksponaty na ścianach, a w klatkach dookoła zdychają ptaki
dodo – do tego dochodzi problem zupełnie nieprzewidywalnych bugów, kiedy to
Alicja blokuje się w powietrzu przez niewidzialne tekstury i kolejny raz spada
w przepaść…
Inną sprawą są minigierki, nieźle wykonane, choć czasem
równie frustrujące. Ważnym elementem rozgrywki są walki, których mimo wszystko
znalazło się w grze zbyt mało. Do wykorzystania mamy sympatyczny arsenał
składający się między innymi z plującego granatami herbacianymi dzbanka, ogromnego
młynka do pieprzu czy przypominającego tasak Vorpal Blade*.
Wrogów też napotkamy na swojej drodze bardzo różnych, choć przeważają
personifikacje brudu, który niszczy
Wonderland. Ostatecznie walk jest jednak za mało i niedosyt pozostaje.
Plus należy się tutaj za umieszczenie w grze mnóstwa
ciekawych i różnorodnych zbierajek. Tylko zebranie ich wszystkich (POKEMON!)
pozwoli odkryć tajemnice związane z przeszłością bohaterki, a do tego odblokuje
piękne ilustracje. Inna sprawa, że znalezienie ich zajmuje sporo czasu, a to
niekoniecznie idzie z parze z grywalnością, bo raczej tylko wytrwalsi gracze
zdecydują się na przejście gry więcej niż raz. Niewidzialne nosy świnek też
irytują.
Niewątpliwie największym atutem „Alice: Madness Returns”
jest grafika. Lokacje i postaci przywodzą na myśl filmy Tima Burtona (ale nie
łączyć z jego dość słabą Alicją), a także groteskę rodem z projektów Dave’a
McKeana**.
Wspominałam, że często rozpraszają i odrywają od głównych elementów
platformowych, ale przez to, że są tak wymyślne. Błędem było zrobienie z tej
gry platformówki, bo te z zasady powinny być bardziej przejrzyste – a tutaj
dzieje się tak dużo, że nie sposób oderwać oczu. Odwiedzamy nie tylko kolejne
części Krainy Czarów, ale także wiktoriański Londyn, nie mając w zasadzie
pewności, jak wiele z serwowanych obrazów pochodzi z wyobraźni bohaterki. Gra
staje się tajemnicza, chęć chłonięcia pięknej grafiki popycha do przodu. Każda
z lokacji jest wyjątkowa, co odzwierciedla również strój Alicji, zmieniający się
co poziom. To zabieg, który nie wpływa w żaden sposób na rozwój wydarzeń, ale
niezmiernie cieszy.
Niestety „Alice: Madness Returns” nie należy do tych gier,
które po jednorazowym przejściu można polecić każdemu, i nie mówię tego ze
względu na pojawiające się elementy gore. Gra jest pełna sprzeczności: chciałabym
dalej w nią grać, aby podziwiać bajkowo-straszną oprawę, ale z drugiej strony
zajęła mi tak wiele czasu, że nie czuje się na siłach podchodzić do niej na
nowo. W pewnym momencie dociera do nas, że gra się potwornie dłuży. Epizody w
Londynie pozostawiają okrutny niedosyt i ciekawość, jak dalej rozwinie się fabuła,
ale poziomy ciągnące się godzinami odbierają całą satysfakcję z ich
przechodzenia. Gdy już docieramy do końca poziomu czujemy tylko frustrację związaną
z ilością restartów i braku jakichkolwiek wydarzeń tłumaczących zachowanie
bohaterki (stukniętej, no ale jednak…).
I co tu zrobić? Grać czy nie grać? Grać, ale z dużą dozą cierpliwości
i robiąc sobie przerwy między poziomami albo w ich trakcie. Cieszyć się oprawą
i szaleństwem panującym w Krainie Czarów. Nie spodziewać się przełomowych
rozwiązań i powalających na kolana sekwencji walk. Po prostu grać.
Komu polecam: fanom oryginalnej Alicji, fanom American
McGee, wszystkim cierpliwym
Komu odradzam: całej reszcie



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz