piątek, 28 września 2012

Wszyscy jesteśmy szaleni




Dawno, dawno temu niejaki Lewis Carroll wydał na świat „Alicję w Krainie Czarów”, a później także „Po Drugiej Stronie Lustra”. Nie tak dawno temu niejaki American McGee postanowił materiał nieco odświeżyć. Tak narodziła się ta dziwna gra (oraz jej poprzedniczka).

Od razu ostrzegam, że gra jest co najmniej groteskowa i przerażająca, ale nie straszy jak „Amnezja” czy „Silent Hill”, tylko zapada w pamięć z powodu swojej dziwności. Poruszającej w jakiś pokręcony sposób i jednocześnie odpychającej jak dzieła najbardziej ekstremalnych surrealistów. To nawet gorsze.



Zacznijmy jednak od gameplayu, ponieważ jest to kluczowa sprawa w „Alice: Madness Returns”. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, gra okazała się platformówką z elementami akcji. Spodziewałam się ostrego hack’n’slasha, a tutaj przeżyłam mały szok (nie miałam okazji zagrać w pierwszą część, która ukazała się w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa spędzonego z „Baldur’s Gate”). Jakikolwiek typ gry by to nie był, w pewnym momencie zaczyna po prostu irytować. Elementy platformowe doprowadzają do stanu, w którym ma się ochotę wyrzucić pada – albo i całą konsolę – przez okno. Otoczenie rozprasza. Piękne tła nie pomagają się skupić. Gra ma też tendencję do niemiłego zacinania się akurat w momentach, gdy jesteśmy pewni, że po 300 próbach wreszcie uda nam się w końcu przeskoczyć na półkę przed nami. To wystarczająco trudne zadanie, gdy czujemy na sobie spojrzenia porcelanowych lalek bez pewnych kończyn, za towarzyszy niedoli mamy dziwne eksponaty na ścianach, a w klatkach dookoła zdychają ptaki dodo – do tego dochodzi problem zupełnie nieprzewidywalnych bugów, kiedy to Alicja blokuje się w powietrzu przez niewidzialne tekstury i kolejny raz spada w przepaść…

Inną sprawą są minigierki, nieźle wykonane, choć czasem równie frustrujące. Ważnym elementem rozgrywki są walki, których mimo wszystko znalazło się w grze zbyt mało. Do wykorzystania mamy sympatyczny arsenał składający się między innymi z plującego granatami herbacianymi dzbanka, ogromnego młynka do pieprzu czy przypominającego tasak Vorpal Blade*. Wrogów też napotkamy na swojej drodze bardzo różnych, choć przeważają personifikacje brudu, który niszczy Wonderland. Ostatecznie walk jest jednak za mało i niedosyt pozostaje.

Plus należy się tutaj za umieszczenie w grze mnóstwa ciekawych i różnorodnych zbierajek. Tylko zebranie ich wszystkich (POKEMON!) pozwoli odkryć tajemnice związane z przeszłością bohaterki, a do tego odblokuje piękne ilustracje. Inna sprawa, że znalezienie ich zajmuje sporo czasu, a to niekoniecznie idzie z parze z grywalnością, bo raczej tylko wytrwalsi gracze zdecydują się na przejście gry więcej niż raz. Niewidzialne nosy świnek też irytują.

Niewątpliwie największym atutem „Alice: Madness Returns” jest grafika. Lokacje i postaci przywodzą na myśl filmy Tima Burtona (ale nie łączyć z jego dość słabą Alicją), a także groteskę rodem z projektów Dave’a McKeana**. Wspominałam, że często rozpraszają i odrywają od głównych elementów platformowych, ale przez to, że są tak wymyślne. Błędem było zrobienie z tej gry platformówki, bo te z zasady powinny być bardziej przejrzyste – a tutaj dzieje się tak dużo, że nie sposób oderwać oczu. Odwiedzamy nie tylko kolejne części Krainy Czarów, ale także wiktoriański Londyn, nie mając w zasadzie pewności, jak wiele z serwowanych obrazów pochodzi z wyobraźni bohaterki. Gra staje się tajemnicza, chęć chłonięcia pięknej grafiki popycha do przodu. Każda z lokacji jest wyjątkowa, co odzwierciedla również strój Alicji, zmieniający się co poziom. To zabieg, który nie wpływa w żaden sposób na rozwój wydarzeń, ale niezmiernie cieszy.



Niestety „Alice: Madness Returns” nie należy do tych gier, które po jednorazowym przejściu można polecić każdemu, i nie mówię tego ze względu na pojawiające się elementy gore. Gra jest pełna sprzeczności: chciałabym dalej w nią grać, aby podziwiać bajkowo-straszną oprawę, ale z drugiej strony zajęła mi tak wiele czasu, że nie czuje się na siłach podchodzić do niej na nowo. W pewnym momencie dociera do nas, że gra się potwornie dłuży. Epizody w Londynie pozostawiają okrutny niedosyt i ciekawość, jak dalej rozwinie się fabuła, ale poziomy ciągnące się godzinami odbierają całą satysfakcję z ich przechodzenia. Gdy już docieramy do końca poziomu czujemy tylko frustrację związaną z ilością restartów i braku jakichkolwiek wydarzeń tłumaczących zachowanie bohaterki (stukniętej, no ale jednak…).

I co tu zrobić? Grać czy nie grać? Grać, ale z dużą dozą cierpliwości i robiąc sobie przerwy między poziomami albo w ich trakcie. Cieszyć się oprawą i szaleństwem panującym w Krainie Czarów. Nie spodziewać się przełomowych rozwiązań i powalających na kolana sekwencji walk. Po prostu grać.

Komu polecam: fanom oryginalnej Alicji, fanom American McGee, wszystkim cierpliwym

Komu odradzam: całej reszcie



*Nie będę się bawić w kreatywne tłumaczenie nazwy miecza, możecie sobie sami wybrać to, które Wam odpowiada
**Zapraszam do genialnej serii komiksów „Sandman” pomysłu Neila Gaimana

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz