[tekst zawiera kilka pomniejszych spoilerów dotyczących
fabuły gry, na które i tak pewnie już zdążyliście się wcześniej natknąć]
Ludzie to nic więcej, niż świnie. A świat jest maszyną
przeznaczoną do ich zabijania.
„Amnesia”, temat rzeka. Każdy, kto grał, zdanie ma, a jeśli
nie grał – też zwykle się wypowie. Gra wywołująca przerażenie, krzyk, płacz.
Niezliczone ragequity, zniszczone klawiatury i komputery. Nic dziwnego, że „A
Machine For Pigs” był przez fanów tak oczekiwany. Niecałe dwanaście godzin po
premierze sieć poczęły zalewać różnorakie recenzje, let’s playe i opinie. I tu
niespodzianka: „The Dark Descent” wciąż uważany jest za lepsze dziecko, a
maluszek stworzony głównie przez The Chinese Room niektórzy nazywają karykaturą
prawdziwej Amnezji. Cóż, moją
pierwszą reakcją po przejrzeniu kilku wywodów, ze szczególną uwagą zwróconą na
unikanie spoilerów, było wielkie zaskoczenie. Grę ukończyłam dopiero niedawno,
gdyż ciągle znajdywałam jakiś dobry powód, aby ją przeczekać, przemyśleć. To
nie jest byle gra. To ciężka, brudna historia.
Od czego zacząć? Skąd ta wszechobecna krytyka? Czy może
zbiegająca się w czasie z Amnezją premiera „Outlast” się do czegoś przyczyniła?
A może prawdziwą przeszkodą jest to, że nowa odsłona bardzo, bardzo, bardzo
różni się od poprzedniej?
U schyłku roku 1899 Oswald Mandus budzi się w swoim wielkim
domu, cichym i pustym. Głęboko pod ziemią pracuje jego Maszyna – Mandus jest
przedsiębiorcą, bogatym właścicielem przetwórni mięsa, ale teraz tego nie
pamięta. Ocknąwszy się po wyczerpującej chorobie, wciąż majacząc, zaczyna
szukać swoich dzieci. Tych ani widu, ani słychu, a Mandus wie, że chłopcy go
potrzebują. Niestrudzony, schodzi coraz niżej, przez rezydencję, przez fabrykę,
do Maszyny, gdzie najprawdopodobniej czekają jego zagubione dzieci...
Tajemnicza historia pochłania nas od pierwszej chwili.
Mandus cierpi na zapomnienie, podobnie jak Daniel, choć wiemy tylko tyle, że w
jego przypadku to gorączka przyczyniła się do utraty wspomień. Gdy wędrujemy
przez (trochę tylko bardziej otwarty) świat gry, zbieramy listy i notatki, a
także czytamy myśli Mandusa, które na bieżąco pojawiają się na kartach
dziennika należącego do bohatera. Szybko dowiadujemy się, iż Lily, ukochana
żona protagonisty, zginęła w czasie porodu, a na świat przyszli bliźniacy,
Edwin i Enoch, którzy stali się oczkiem w głowie Mandusa. Ten jednak nigdy nie
przestał rozpaczać po utracie żony, więc rzucił się w wir pracy, jednocześnie
zaniedbując synów. Oswalda ogarnia panika, kiedy nie może odnaleźć dzieci w
domu, a wszystkie ślady prowadzą w dół, czyli do serca Maszyny – właśnie,
Maszyny. Czym jest tytułowa Maszyna? Dlaczego fabryka działa, choć nikt nie
wydaje się w niej pracować? Co napędza trybiki?
Początek gry to dość konfundująca przeprawa. Choć prowadzą
nas wizje Enocha i Edwina, wiemy, że zamknięte pokoje i puste korytarze nie
wróżą nic dobrego. Czytamy listy, odsłuchujemy nagrania na gramofonach, te
jednak nie wyjaśniają wiele, więc brodzimy dalej jak w ciemności. Wkrótce Mandus
odbiera telefon od człowieka, który wyjaśnia, że dzieci uwięzione są w dolnej,
zalanej, części Maszyny. Obcy prosi też o pomoc, obiecując w zamian
przewodnictwo po wielkiej konstrukcji. Wszystko w najlepszym porządku; wszystko
byłoby w porządku, gdyby wokół domu
nie krążyło coś, co warczy i kwiczy, i gdyby upiorna świńska maska nie podążała
za nami po pokojach.
Ogromną zaletą „A Machine For Pigs” jest klaustrofobiczna
atmosfera, przypominająca przeprawę przez Brennenburg. Doskonale działające
światła i dźwięki sprawiają, że zatrzymujemy się przed każdym zakrętem,
wyglądamy, czy nie grozi nam niebezpieczeństwo, i dopiero ruszamy dalej. Choć w
samym domu właściwie nic nie czyha na nasze życie, nie sposób pozbyć się
wrażenia, że Mandus wciąż cierpi z powodu halucynacji, więc poczucie
bezpieczeństwa może być bardzo złudne. Motyw widmowych dzieci-przewodników nie
jest może specjalnie przekonywujący, jednak przyprawia o solidnego stracha,
kiedy kątem oka nagle dostrzegamy dwie małe postaci, radośnie wołające do nas
odległymi głosami i znikające niemal tak gwałtownie, jak się pojawiły.
The Chinese Room wykonało naprawdę solidną robotę, jeśli
chodzi o grafikę nowej Amnezji. Projekt poziomów, zarówno domu, jak i Maszyny,
jest po prostu zachwycający. Niesamowicie oddany klimat XIX wieku, iście
steampunkowe konstrukcje i mechanizmy – wszystko sprawia, że naprawdę czujemy
się, jakbyśmy byli z Mandusem w Londynie tamtych lat. Wrażenie robi też Kościół
św. Dunstana, choć wystrój wewnątrz jest conajmniej wykręcony, a także ulice
miasta okraszone pokątnymi szyldami. Na pochwałę zasługuje również design
potworów. Świnioludzi. Tak, nie kryjmy się z tym, nasi przeciwnicy to mutanty
ludzi i świń. Każdy jeden taki Świnioczłowiek jest przerażającym, niedoskonale
złożonym dziełem jakiegoś ewidentnie chorego umysłu. Świnioludzie chodzą,
biegają, jedzą, bawią się, odpoczywają. Niemal jak normalni ludzie. Równie
chętnie gonią za Mandusem i zadają mu ból.
Innowacją jest wyeliminowanie z gry tak zwanego alarmu,
czyli muzyki towarzyszącej graczom podczas pościgu i poszukiwania. Dawniej
pojawienie się na mapie potwora sygnalizował pojedynczy wydany przez niego
dźwięk, a po natknięciu lub zbliżeniu się doń – gorączkowa, budząca grozę
ścieżka dźwiękowa. To rozwiązanie porzucono na rzecz nowego, gdzie jedynym
ostrzeżeniem jest kilkukrotne mrugnięcie latarni Mandusa i wszystkich lamp
dookoła świniaka, co w praktyce oznacza, że jeśli ktoś przechodzi grę całkiem
po ciemku to ma w gruncie rzeczy prześwinione.
Sama oprawa dźwiękowa to majstersztyk. Choć rzadko spotykamy
się z muzyką, dźwięki otoczenia są wystarczająco sugestywne, by przestraszyć,
nawet w przypadkach, kiedy nic teoretycznie się nie dzieje. Maszyna pracuje
głośno, utrudniając możliwość lokalizowania potworów po ich ruchach czy wydawanych
odgłosach, a Mandus dyszy ciężko ze strachu. W domu rozbrzemiewają kroki, choć
rzekomo jesteśmy w nim sami. W piwnicy kościoła ktoś błaga nas o pomoc, po czym
jego głos nagle się urywa. Odbijające się echem od ścian śpiewy dzieci mogą
wcale nie pochodzić od dzieci...
Zalety zaletami, niestety gra kuleje od strony technicznej.
Usunięto wskaźnik szaleństwa, który warunkował zachowanie Daniela w „Mrocznym
Obłędzie”. Mandusa strach nie paraliżuje w żaden sposób, a na domiar
wszystkiego może dowolnie patrzeć na potwory*.
Bohater ma również wyjątkowo dużo zdrowia, więc upadek czy kilka ciosów (!)
Świnioludzi nie robią na nim specjalnego wrażenia. Bardzo odbiera to grze
wiarygodności: atakuje nas świnia, więc rzucamy się w przepaść, wstajemy i
idziemy dalej. Nie istnieje także inwentarz, a wszystkie przedmioty należy
przenosić ręcznie. Zero kombinowania, składania elementów w większą całość.
Zagadki w grze często są zwyczajnie irytujące, chodzimy w koło, zastanawiając
się, jakiż to mały fragment musieliśmy pominąć.
Głównym problemem gry wydaje się być, o dziwo, fabuła.
Przyznać trzeba, że z początku straszna, „A Machine For Pigs” wkrótce staje się
bardziej dusząca i odrażająca. Ilość jumpscare’ów maleje z poziomu na poziom,
stawiając raczej na ukazywanie Mandusowi obrazów napawających zgrozą. Nieźle,
ale w tym celu można równie dobrze poczytać sobie Lovecrafta. Jednorazowe
przejście gry nie wyjaśnia nic, o ile nie gracz nie odczyta wszystkich aluzji i
ukrytych znaków**. Nie
powiem, ale końcówka gry jest tak usilnie przedłużana, że się odechciewa. Całą
„Maszynę” można ukończyć w 3-5 godzin, czyli nawet mniej, niż „Mroczny Obłęd”
(około 6-10 godzin). Jeśli w ogóle się nie boisz i masz szczęście, to może
nawet w dwie godziny.
Fabuła jest dobra, owszem, ale pozostawia pewien niesmak. Po
pierwsze, mamy tylko jedno zakończenie, co w porównianiu z oryginalnymi
czterema wydaje się trochę rozczarowywujące. Po drugie, jak wspominałam, gra
stawia na wartość obrzydzająco-szokową, nie strachową, więc niespecjalnie mam
teraz chęć zagrać w nią ponownie. Wciąż rozmyślam o Mandusie i jego dzieciach,
mamy też ze Skibiuszem pewne teorie***.
Zdecydowanie jestem zadowolona, że zainwestowałam w „Maszynę”, chociaż nadal
nie wiem, jak się do niej ustosunkować. To mały diament, ale nieoszlifowany,
nieidealny. Czego zabrakło?
komu odradzam: łatwo przerażonym, wrażliwym, ortodoksyjnym
wyznawcom Daniela
komu polecam: otwartym na nowości, fanom horrorów, starszym
odbiorcom
Gra do zakupienia na Steamie za około 15 euro.
*o ile
one nie patrzą na niego, bo wtedy jest bardzo źle
**niezbyt
ułatwione zadanie dzięki fatalnemu wyborowi fonta do wszystkich listonotatek, a
brak tu świetnego dubbingu z pierwszej części
***wkrótce
















