Przychodzi taka chwila w życiu człowieka, że chce mu się
wrócić do korzeni, sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa i wykopać wiekowe gry,
zabawki. W ten sposób studenci na nudnych wykładach nołlajfią w Pokemony albo
rozpracowują emulator snesa, żeby odpalić starą Zeldę. Ewentualnie odkrywają,
że jako dzieci grali w naprawdę dobre gry karciane, w które chętnie pograliby
również teraz. Na przykład w „Yu-Gi-Oh!”. Klasyczną, grywalną karciankę.
Przypadek sprawił, że przypomniało mi się o „Yu-Gi-Oh!”,
wzięła mnie nostalgia i wyciągnęłam stary segregator z kartami. Momentalnie coś
mi w głowie zaświtało, że przecież mam w domu Yugiego na DSa, kupionego wiele
lat temu przez mojego brata. I tak zaczęły się trzy miesiące spędzone na walce o
dobre karty i rzecz jasna – o tytuł.
Fabuła „Nightmare Troubadour”, bo tak nazywa się ta odsłona
(nazwa fajna, ale jakoś nie sądzę, że przyjazna dzieciom) toczy się mniej
więcej tak, jak w pierwszych kilku sezonach anime z jednym wyjątkiem – została
uzupełniona o dodatkowego bohatera, czyli gracza. Natkniemy się oczywiście na
Yûgiego Mutô i jego mroczne alter ego, na Seto Kaibę, Joey’ego Wheelera czy
Marika Ishtara. Przyjazne (choć nie wszystkie, jeśli piszę o Mariku, faktycznie)
twarze znane z ekranów telewizorów sprawiają, że gra staje się znacznie lepsza
i łatwiejsza w odbiorze, gdyż zasad nikt nam tu właściwie nie tłumaczy, no
chyba że sami pofatygujemy się do sklepu Solomona. Z drugiej strony znajomość historii
jest wręcz niezbędna, ponieważ większość wydarzeń dzieje się stanowczo zbyt
szybko, aby laik mógł zorientować się, o co właściwie chodzi w świecie „Yu-Gi-Oh!”.
Nie wspominając, że ta fabuła jest liniowa i mało odkrywcza. Wiele rzeczy
dzieje się bez żadnego powodu, a własnoręczne odkrycie triggera często graniczy
z cudem, odsyłając do poradnika (niewiele jest ich dostępnych, jednak zawsze
coś).
Ale! Jak to bywa, nie fabuła tworzy karciankę. Najważniejsza
jest sama gra, którą rzeczywiście oddano prawie bezbłędnie, a tych błędów dużo
nie znajdziemy, jedynie okazjonalne nieścisłości w tekście na kartach. Zaczynamy
z mniej więcej pospolitą, częściowo bazowaną na zestawie Yûgiego, talią. Za
każdy pojedynek zdobywamy punkty doświadczenia, a także dodatkowe punkty
wymienne na jakże cenne boostery. Wachlarz dostępnych kart jest wyjątkowo
pokaźny, jako że wszystkie boostery w grze pokrywają się z około siedemnastoma
z prawdziwej karcianki, a to naprawdę dużo. Klasyki pokroju Dark Magiciana i
Blue Eyes White Dragona stają się dostępne na wyższych poziomach, a im dalej w
grze, tym ciekawsze i bardziej skomplikowane karty pojawiają się w boosterach,
zezwalając tym samym na możliwość tworzenia – lub odtwarzania, jeśli ktoś para
się prawdziwą karcianką – finezyjnych taktyk gry.
Ogromnym atutem jest niezwykle rozbudowany edytor: zezwala
on na stworzenie kilkunastu różnych decków składających się z dowolnej ilości
kart. Przez pojedynkiem zawsze możemy talię zmienić, dostosowując ją lepiej do
strategii przeciwnika, czy po prostu dorzucić parę nowych kart. Ten system
sprawdza się również podczas grania DS-to-DS, bardzo zresztą dobrze
funkcjonującego, jako że możemy swobodnie wymieniać się kartami, a nawet receptami na zbudowane przez nas talie.
Do wspólnej zabawy są oczywiście potrzebne dwie kopie gry, którą też nie tak
łatwo obecnie dostać, aczkolwiek taki konsolowy pojedynek jest poważnym
konkurentem dla realnej karcianki (spójrzmy prawdzie w oczy: tcg są drogie).
Rozgrywka w „Nightmare Troubadour” przebiega sprawnie i dość
ładnie: animowane potwory spoglądają na nas z kart, z których zostały
przywołane. Niektórym, bardziej ikonowym, towarzyszy nawet specjalna animacja przyzywania.
Podczas gry w niemal dowolnym momencie możemy się przyjrzeć temu, co znalazło
się na polu; czas nas nie goni, wszystko można sprawdzić. Punkty życia liczone
są automatycznie w każdym przypadku, tak więc obecność kart przywracających i
odbierających je nie wymaga znajomości matematyki (niby dobrze, chociaż...).
Pomimo przewagi zalet, ostatecznie ta gra wpada do szuflady
TYLKO DLA FANA. Dla każdego, kto w życiu z „Yu-Gi-Oh!” się nie zetknął, gra
będzie skomplikowana, infantylna, nielogiczna. Kiepskie wprowadzenie w świat
gry sprawia, że znajomość papierowej karcianki staje się wręcz niezbędna do
odpowiedniego odbioru. Frajda może i jest, zwłaszcza że kartridż wygrzebałam po
latach, lecz wiadomo, że każda faza kiedyś przeminie...
komu odradzam: młodszym graczom, ludziom, którzy nigdy nie
zetknęli się z karciankami i samą serią
komu polecam: entuzjastom anime i/lub karcianki „Yu-Gi-Oh!”,
raczej starszym odbiorcom





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz