środa, 25 września 2013

Potykajmy się!


Przychodzi taka chwila w życiu człowieka, że chce mu się wrócić do korzeni, sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa i wykopać wiekowe gry, zabawki. W ten sposób studenci na nudnych wykładach nołlajfią w Pokemony albo rozpracowują emulator snesa, żeby odpalić starą Zeldę. Ewentualnie odkrywają, że jako dzieci grali w naprawdę dobre gry karciane, w które chętnie pograliby również teraz. Na przykład w „Yu-Gi-Oh!”. Klasyczną, grywalną karciankę.

Przypadek sprawił, że przypomniało mi się o „Yu-Gi-Oh!”, wzięła mnie nostalgia i wyciągnęłam stary segregator z kartami. Momentalnie coś mi w głowie zaświtało, że przecież mam w domu Yugiego na DSa, kupionego wiele lat temu przez mojego brata. I tak zaczęły się trzy miesiące spędzone na walce o dobre karty i rzecz jasna – o tytuł.


Fabuła „Nightmare Troubadour”, bo tak nazywa się ta odsłona (nazwa fajna, ale jakoś nie sądzę, że przyjazna dzieciom) toczy się mniej więcej tak, jak w pierwszych kilku sezonach anime z jednym wyjątkiem – została uzupełniona o dodatkowego bohatera, czyli gracza. Natkniemy się oczywiście na Yûgiego Mutô i jego mroczne alter ego, na Seto Kaibę, Joey’ego Wheelera czy Marika Ishtara. Przyjazne (choć nie wszystkie, jeśli piszę o Mariku, faktycznie) twarze znane z ekranów telewizorów sprawiają, że gra staje się znacznie lepsza i łatwiejsza w odbiorze, gdyż zasad nikt nam tu właściwie nie tłumaczy, no chyba że sami pofatygujemy się do sklepu Solomona. Z drugiej strony znajomość historii jest wręcz niezbędna, ponieważ większość wydarzeń dzieje się stanowczo zbyt szybko, aby laik mógł zorientować się, o co właściwie chodzi w świecie „Yu-Gi-Oh!”. Nie wspominając, że ta fabuła jest liniowa i mało odkrywcza. Wiele rzeczy dzieje się bez żadnego powodu, a własnoręczne odkrycie triggera często graniczy z cudem, odsyłając do poradnika (niewiele jest ich dostępnych, jednak zawsze coś).


Ale! Jak to bywa, nie fabuła tworzy karciankę. Najważniejsza jest sama gra, którą rzeczywiście oddano prawie bezbłędnie, a tych błędów dużo nie znajdziemy, jedynie okazjonalne nieścisłości w tekście na kartach. Zaczynamy z mniej więcej pospolitą, częściowo bazowaną na zestawie Yûgiego, talią. Za każdy pojedynek zdobywamy punkty doświadczenia, a także dodatkowe punkty wymienne na jakże cenne boostery. Wachlarz dostępnych kart jest wyjątkowo pokaźny, jako że wszystkie boostery w grze pokrywają się z około siedemnastoma z prawdziwej karcianki, a to naprawdę dużo. Klasyki pokroju Dark Magiciana i Blue Eyes White Dragona stają się dostępne na wyższych poziomach, a im dalej w grze, tym ciekawsze i bardziej skomplikowane karty pojawiają się w boosterach, zezwalając tym samym na możliwość tworzenia – lub odtwarzania, jeśli ktoś para się prawdziwą karcianką – finezyjnych taktyk gry.


Ogromnym atutem jest niezwykle rozbudowany edytor: zezwala on na stworzenie kilkunastu różnych decków składających się z dowolnej ilości kart. Przez pojedynkiem zawsze możemy talię zmienić, dostosowując ją lepiej do strategii przeciwnika, czy po prostu dorzucić parę nowych kart. Ten system sprawdza się również podczas grania DS-to-DS, bardzo zresztą dobrze funkcjonującego, jako że możemy swobodnie wymieniać się kartami, a nawet receptami na zbudowane przez nas talie. Do wspólnej zabawy są oczywiście potrzebne dwie kopie gry, którą też nie tak łatwo obecnie dostać, aczkolwiek taki konsolowy pojedynek jest poważnym konkurentem dla realnej karcianki (spójrzmy prawdzie w oczy: tcg są drogie).

Rozgrywka w „Nightmare Troubadour” przebiega sprawnie i dość ładnie: animowane potwory spoglądają na nas z kart, z których zostały przywołane. Niektórym, bardziej ikonowym, towarzyszy nawet specjalna animacja przyzywania. Podczas gry w niemal dowolnym momencie możemy się przyjrzeć temu, co znalazło się na polu; czas nas nie goni, wszystko można sprawdzić. Punkty życia liczone są automatycznie w każdym przypadku, tak więc obecność kart przywracających i odbierających je nie wymaga znajomości matematyki (niby dobrze, chociaż...).


Pomimo przewagi zalet, ostatecznie ta gra wpada do szuflady TYLKO DLA FANA. Dla każdego, kto w życiu z „Yu-Gi-Oh!” się nie zetknął, gra będzie skomplikowana, infantylna, nielogiczna. Kiepskie wprowadzenie w świat gry sprawia, że znajomość papierowej karcianki staje się wręcz niezbędna do odpowiedniego odbioru. Frajda może i jest, zwłaszcza że kartridż wygrzebałam po latach, lecz wiadomo, że każda faza kiedyś przeminie...

komu odradzam: młodszym graczom, ludziom, którzy nigdy nie zetknęli się z karciankami i samą serią

komu polecam: entuzjastom anime i/lub karcianki „Yu-Gi-Oh!”, raczej starszym odbiorcom

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz