piątek, 27 września 2013

Mandus, ktoś podłożył ci świnię cz.1


[tekst zawiera kilka pomniejszych spoilerów dotyczących fabuły gry, na które i tak pewnie już zdążyliście się wcześniej natknąć]

Ludzie to nic więcej, niż świnie. A świat jest maszyną przeznaczoną do ich zabijania.

„Amnesia”, temat rzeka. Każdy, kto grał, zdanie ma, a jeśli nie grał – też zwykle się wypowie. Gra wywołująca przerażenie, krzyk, płacz. Niezliczone ragequity, zniszczone klawiatury i komputery. Nic dziwnego, że „A Machine For Pigs” był przez fanów tak oczekiwany. Niecałe dwanaście godzin po premierze sieć poczęły zalewać różnorakie recenzje, let’s playe i opinie. I tu niespodzianka: „The Dark Descent” wciąż uważany jest za lepsze dziecko, a maluszek stworzony głównie przez The Chinese Room niektórzy nazywają karykaturą prawdziwej Amnezji. Cóż, moją pierwszą reakcją po przejrzeniu kilku wywodów, ze szczególną uwagą zwróconą na unikanie spoilerów, było wielkie zaskoczenie. Grę ukończyłam dopiero niedawno, gdyż ciągle znajdywałam jakiś dobry powód, aby ją przeczekać, przemyśleć. To nie jest byle gra. To ciężka, brudna historia.

Od czego zacząć? Skąd ta wszechobecna krytyka? Czy może zbiegająca się w czasie z Amnezją premiera „Outlast” się do czegoś przyczyniła? A może prawdziwą przeszkodą jest to, że nowa odsłona bardzo, bardzo, bardzo różni się od poprzedniej?

U schyłku roku 1899 Oswald Mandus budzi się w swoim wielkim domu, cichym i pustym. Głęboko pod ziemią pracuje jego Maszyna – Mandus jest przedsiębiorcą, bogatym właścicielem przetwórni mięsa, ale teraz tego nie pamięta. Ocknąwszy się po wyczerpującej chorobie, wciąż majacząc, zaczyna szukać swoich dzieci. Tych ani widu, ani słychu, a Mandus wie, że chłopcy go potrzebują. Niestrudzony, schodzi coraz niżej, przez rezydencję, przez fabrykę, do Maszyny, gdzie najprawdopodobniej czekają jego zagubione dzieci...

Tajemnicza historia pochłania nas od pierwszej chwili. Mandus cierpi na zapomnienie, podobnie jak Daniel, choć wiemy tylko tyle, że w jego przypadku to gorączka przyczyniła się do utraty wspomień. Gdy wędrujemy przez (trochę tylko bardziej otwarty) świat gry, zbieramy listy i notatki, a także czytamy myśli Mandusa, które na bieżąco pojawiają się na kartach dziennika należącego do bohatera. Szybko dowiadujemy się, iż Lily, ukochana żona protagonisty, zginęła w czasie porodu, a na świat przyszli bliźniacy, Edwin i Enoch, którzy stali się oczkiem w głowie Mandusa. Ten jednak nigdy nie przestał rozpaczać po utracie żony, więc rzucił się w wir pracy, jednocześnie zaniedbując synów. Oswalda ogarnia panika, kiedy nie może odnaleźć dzieci w domu, a wszystkie ślady prowadzą w dół, czyli do serca Maszyny – właśnie, Maszyny. Czym jest tytułowa Maszyna? Dlaczego fabryka działa, choć nikt nie wydaje się w niej pracować? Co napędza trybiki?


Początek gry to dość konfundująca przeprawa. Choć prowadzą nas wizje Enocha i Edwina, wiemy, że zamknięte pokoje i puste korytarze nie wróżą nic dobrego. Czytamy listy, odsłuchujemy nagrania na gramofonach, te jednak nie wyjaśniają wiele, więc brodzimy dalej jak w ciemności. Wkrótce Mandus odbiera telefon od człowieka, który wyjaśnia, że dzieci uwięzione są w dolnej, zalanej, części Maszyny. Obcy prosi też o pomoc, obiecując w zamian przewodnictwo po wielkiej konstrukcji. Wszystko w najlepszym porządku; wszystko byłoby w porządku, gdyby wokół domu nie krążyło coś, co warczy i kwiczy, i gdyby upiorna świńska maska nie podążała za nami po pokojach.


Ogromną zaletą „A Machine For Pigs” jest klaustrofobiczna atmosfera, przypominająca przeprawę przez Brennenburg. Doskonale działające światła i dźwięki sprawiają, że zatrzymujemy się przed każdym zakrętem, wyglądamy, czy nie grozi nam niebezpieczeństwo, i dopiero ruszamy dalej. Choć w samym domu właściwie nic nie czyha na nasze życie, nie sposób pozbyć się wrażenia, że Mandus wciąż cierpi z powodu halucynacji, więc poczucie bezpieczeństwa może być bardzo złudne. Motyw widmowych dzieci-przewodników nie jest może specjalnie przekonywujący, jednak przyprawia o solidnego stracha, kiedy kątem oka nagle dostrzegamy dwie małe postaci, radośnie wołające do nas odległymi głosami i znikające niemal tak gwałtownie, jak się pojawiły.

The Chinese Room wykonało naprawdę solidną robotę, jeśli chodzi o grafikę nowej Amnezji. Projekt poziomów, zarówno domu, jak i Maszyny, jest po prostu zachwycający. Niesamowicie oddany klimat XIX wieku, iście steampunkowe konstrukcje i mechanizmy – wszystko sprawia, że naprawdę czujemy się, jakbyśmy byli z Mandusem w Londynie tamtych lat. Wrażenie robi też Kościół św. Dunstana, choć wystrój wewnątrz jest conajmniej wykręcony, a także ulice miasta okraszone pokątnymi szyldami. Na pochwałę zasługuje również design potworów. Świnioludzi. Tak, nie kryjmy się z tym, nasi przeciwnicy to mutanty ludzi i świń. Każdy jeden taki Świnioczłowiek jest przerażającym, niedoskonale złożonym dziełem jakiegoś ewidentnie chorego umysłu. Świnioludzie chodzą, biegają, jedzą, bawią się, odpoczywają. Niemal jak normalni ludzie. Równie chętnie gonią za Mandusem i zadają mu ból.


Innowacją jest wyeliminowanie z gry tak zwanego alarmu, czyli muzyki towarzyszącej graczom podczas pościgu i poszukiwania. Dawniej pojawienie się na mapie potwora sygnalizował pojedynczy wydany przez niego dźwięk, a po natknięciu lub zbliżeniu się doń – gorączkowa, budząca grozę ścieżka dźwiękowa. To rozwiązanie porzucono na rzecz nowego, gdzie jedynym ostrzeżeniem jest kilkukrotne mrugnięcie latarni Mandusa i wszystkich lamp dookoła świniaka, co w praktyce oznacza, że jeśli ktoś przechodzi grę całkiem po ciemku to ma w gruncie rzeczy prześwinione.


Sama oprawa dźwiękowa to majstersztyk. Choć rzadko spotykamy się z muzyką, dźwięki otoczenia są wystarczająco sugestywne, by przestraszyć, nawet w przypadkach, kiedy nic teoretycznie się nie dzieje. Maszyna pracuje głośno, utrudniając możliwość lokalizowania potworów po ich ruchach czy wydawanych odgłosach, a Mandus dyszy ciężko ze strachu. W domu rozbrzemiewają kroki, choć rzekomo jesteśmy w nim sami. W piwnicy kościoła ktoś błaga nas o pomoc, po czym jego głos nagle się urywa. Odbijające się echem od ścian śpiewy dzieci mogą wcale nie pochodzić od dzieci...

Zalety zaletami, niestety gra kuleje od strony technicznej. Usunięto wskaźnik szaleństwa, który warunkował zachowanie Daniela w „Mrocznym Obłędzie”. Mandusa strach nie paraliżuje w żaden sposób, a na domiar wszystkiego może dowolnie patrzeć na potwory*. Bohater ma również wyjątkowo dużo zdrowia, więc upadek czy kilka ciosów (!) Świnioludzi nie robią na nim specjalnego wrażenia. Bardzo odbiera to grze wiarygodności: atakuje nas świnia, więc rzucamy się w przepaść, wstajemy i idziemy dalej. Nie istnieje także inwentarz, a wszystkie przedmioty należy przenosić ręcznie. Zero kombinowania, składania elementów w większą całość. Zagadki w grze często są zwyczajnie irytujące, chodzimy w koło, zastanawiając się, jakiż to mały fragment musieliśmy pominąć.

Głównym problemem gry wydaje się być, o dziwo, fabuła. Przyznać trzeba, że z początku straszna, „A Machine For Pigs” wkrótce staje się bardziej dusząca i odrażająca. Ilość jumpscare’ów maleje z poziomu na poziom, stawiając raczej na ukazywanie Mandusowi obrazów napawających zgrozą. Nieźle, ale w tym celu można równie dobrze poczytać sobie Lovecrafta. Jednorazowe przejście gry nie wyjaśnia nic, o ile nie gracz nie odczyta wszystkich aluzji i ukrytych znaków**. Nie powiem, ale końcówka gry jest tak usilnie przedłużana, że się odechciewa. Całą „Maszynę” można ukończyć w 3-5 godzin, czyli nawet mniej, niż „Mroczny Obłęd” (około 6-10 godzin). Jeśli w ogóle się nie boisz i masz szczęście, to może nawet w dwie godziny.


Fabuła jest dobra, owszem, ale pozostawia pewien niesmak. Po pierwsze, mamy tylko jedno zakończenie, co w porównianiu z oryginalnymi czterema wydaje się trochę rozczarowywujące. Po drugie, jak wspominałam, gra stawia na wartość obrzydzająco-szokową, nie strachową, więc niespecjalnie mam teraz chęć zagrać w nią ponownie. Wciąż rozmyślam o Mandusie i jego dzieciach, mamy też ze Skibiuszem pewne teorie***. Zdecydowanie jestem zadowolona, że zainwestowałam w „Maszynę”, chociaż nadal nie wiem, jak się do niej ustosunkować. To mały diament, ale nieoszlifowany, nieidealny. Czego zabrakło?

komu odradzam: łatwo przerażonym, wrażliwym, ortodoksyjnym wyznawcom Daniela

komu polecam: otwartym na nowości, fanom horrorów, starszym odbiorcom

Gra do zakupienia na Steamie za około 15 euro.



*o ile one nie patrzą na niego, bo wtedy jest bardzo źle
**niezbyt ułatwione zadanie dzięki fatalnemu wyborowi fonta do wszystkich listonotatek, a brak tu świetnego dubbingu z pierwszej części
***wkrótce

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz