¾ nowej Amnezji za mną, wrażenia trochę mieszane, a piszę
tradycyjnie z poślizgiem (bo wyjazd wakacyjny). „Amnesia: A Machine For Pigs”
grana, wiadomo, po ciemku i na dużym telewizorze; grafika zachwyca, klimat
mroczny i duszący, ale ten Mandus to tak nie do końca Daniel.
Czy ma to, co powinna mieć Amnezja? Tajemniczny bohater –
jest. Odrażające potwory – są. Poszukiwanie źródła zła – jest. Skomplikowane
zagadki – nie całkiem, ale niechaj będzie. Zapomnienie – no właśnie… Czy
problemem Mandusa jest zapomnienie?
Rok 1899. Nasz nieszczęsny główny bohater wyjechał w podróż
do Meksyku, gdzie zmogła go ciężka choroba. Po powrocie do domu, nieprzespanych
nocach i halucynacjach, Mandus budzi się w swym domu, całkiem pustym. Ani śladu
jego synów, bliźniaków. Ale ciszę w posiadłości zaburza turkot machiny z piekła
rodem. Maszyny, która znajduje się pod domem. A gdzież mogą się podziewać
dzieci, jak nie tam, gdzie coś się dzieje?
Więcej na razie nie powiem. Gra zaskakuje, a niektóre
rozwiązania fabularne spędzają sen z powiek. Nie jest to kontynuacja losów
Daniela, ale nowa historia dorównuje starej niepokojącą atmosferą. I oczywiście
natężeniem krzyków.
Powiadam więc: grajcie. I bójcie się świń.
Nadejdzie jeszcze wielki, usłany spoilerami rant.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz